wtorek, 17 lutego, 2026

Życie we Wrocławiu podczas II wojny światowej

W czasie wojny naziści deportowali na Dolny Śląsk około 100 000 Polaków. Stawali się oni masowo więźniami obozów koncentracyjnych. Byli zmuszani do pracy w kamieniołomach, cukrowni we Wrocławiu i różnych przedsiębiorstwach przemysłowych. Działacze polityczni i aktywiści byli przemieszczani między więzieniami w Brzegu, Wrocławiu i Jaworze. Ostatecznym miejscem przeznaczenia były niemieckie obozy Auschwitz i Mauthausen-Gusen – informuje strona wroclawyes.eu.

Prześladowania

Prześladowania Polaków na Dolnym Śląsku rozpoczęły się jeszcze w 1939 roku. Niemcy wywieźli studentów z Uniwersytetu Wrocławskiego, zamknęli bursę przy ulicy Kościuszki i Dom Polski. Nawet miejscowy kościół został zamknięty po ostatnim wrześniowym nabożeństwie w 1939 roku. Wkrótce naziści zaczęli masowo aresztować Polaków i wysyłać ich na przymusowe roboty do obozów koncentracyjnych.

Motywy polityczne były najczęstszym powodem zabijania cywilów na Dolnym Śląsku. Przykładowo, ofiarą padł Władysław Zarembowicz. Był on kierownikiem drużyny harcerskiej im. Bolesława Chrobrego i działaczem Związku Polaków w Niemczech. Został zamordowany w obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen.

Wielu Polaków deportowanych z różnych części Polski na Dolny Śląsk zostało więźniami Gross-Rosen koło Rogoźnicy. Stamtąd więźniowie byli kierowani do robót przymusowych. Tam często umierali z wycieńczenia i chorób. Na przykład Władysław Planetorz, który był działaczem harcerskim w Polsce i Niemczech, był przewożony między więzieniami w Brzegu, Wrocławiu i Jaworze. Następnie trafił do Auschwitz i Mauthausen-Gusen.

Ogromna liczba Polaków została wysłana do niemieckich przedsiębiorstw do niewolniczej pracy. Szacuje się, że było ich około 100 000. Po zakończeniu II wojny światowej Niemcy zostali wysiedleni z kraju. Zastąpili ich repatrianci z Polski i jej utraconych wschodnich regionów. We Wrocławiu pozostała jednak niewielka społeczność niemiecka.

Bomby spadały rzadko

W sierpniu 1939 roku powietrze w mieście nad Odrą pachniało już niepokojem. Wielu spodziewało się, że wkrótce wybuchnie straszna wojna. Wrocław, największe niemieckie miasto na granicy z Polską, przeżywał ostatnie tygodnie pokoju. W siedzibie przy ulicy Sztabowej były podejmowane ostateczne decyzje dotyczące ataku na Polskę.

To właśnie ze Sztabowej były wydawane rozkazy zaatakowania Rzeczypospolitej od południa. W okolicach Wrocławia stacjonowała armia hitlerowska i wojskowe samoloty bojowe. Z miasta startowały również samoloty mające bombardować kraj.

We Wrocławiu działał jeden z najlepszych polskich oficerów wywiadu, Bruno Grajek. Informował on Warszawę o wszystkim, co działo się w mieście i regionie. Informator donosił o działaniach Niemców, ich nastrojach, a także o możliwych podziemnych hangarach lotniczych na Maślicach. Z czasem okazało się jednak, że informacje te były fałszywe, a w jednostce nie było żadnych podziemnych schronów.

Wśród mieszkańców panował strach, że Wrocław zostanie zbombardowany przez polskie myśliwce. Jednak naziści, dzięki swojemu wywiadowi, byli pewni, że Polacy nie odważą się zaatakować miasta nad Odrą. Mimo to obrona przeciwlotnicza była nadal silna. Polskie bombowce nigdy nie przeleciały nad miastem podczas działań wojennych. Mówiono, że ludzie nie wiedzieli, czym jest wojna, aż do oblężenia Wrocławia w 1945 roku.

Bomby spadały rzadko. Miasto było swego rodzaju schronem dla Trzeciej Rzeszy. Mimo to zdarzały się prowokacje. Na przykład w 1943 roku Polacy z oddziału Zagra Lin podłożyli bombę na głównym dworcu kolejowym w Breslau. Zginęło wtedy kilku Niemców, a kilku zostało rannych.

Represje

Niektórzy mieszkańcy byli bardzo zainspirowani Bitwą Warszawską w 1920 roku i mieli nadzieję, że taki sam cud wydarzy się nad Odrą. Ale na próżno. W sierpniu rozpoczęła się ewakuacja ludności ze Zdun. Istniały podejrzenia, że to właśnie tam nastąpi niemiecki atak, ponieważ miasto znajdowało się blisko granicy z Trzecią Rzeszą.

Mieszkańcy pamiętają również o Marcinie Klauzie z 56 Pułku Piechoty Wielkopolskiej. Zginął od kuli 1 września, gdy osłaniał wycofywanie się swoich towarzyszy z Sulmierzyc. 2 września liczba ofiar faszystów wzrosła już do setek. Wszystkie te okropności miały miejsce podczas ewakuacji mieszkańców. Pociąg, który miał zawieźć robotników do Krotoszyna, został ostrzelany przez niemieckie bombowce. Zginęło wtedy aż 250 osób.

Naziści, którzy przybyli do miasta, nie szanowali nikogo ani niczego. Według mieszkańców, wszyscy byli masowo zabijani przez niemieckie kule. Najmłodsza ofiara nie miała nawet roku. Naziści wyrzucali ludzi z ich domów. Jeśli odmawiali, strzelano im w głowę.

Mieszkańcy Kobylina dobrze pamiętają 7 września. Wtedy to do miasta przyjechali hitlerowcy na trzech motocyklach z przyczepami. Wkrótce potem rozpoczęli represje wobec ludności. Nowa policja i władza, wszędzie flagi ze swastyką. Ludzie byli wyganiani ze swoich domów. Niektórych wywożono w nieznanym kierunku, gdzie ich pozostawiano. Polakom nie wolno było wracać do swoich domów pod groźbą śmierci.

Nie oszczędzono również Żydów. Zabrano ich około stu. Żydów ładowano na wozy i wywożono w kierunku Krotoszyna. Oczywiście nikt nie wrócił żywy.

Ze wspomnień Orłowskiej

Danuta Orłowska jest wiceprezesem Towarzystwa Miłośników Wrocławia. Wraz z rodziną spędziła we Wrocławiu prawie całą II wojnę światową i ma wiele do opowiedzenia.

Kiedy zaczęły się te straszne wydarzenia, Danuta miała 12 lat. Jej rodzina mieszkała pod Poznaniem. Dziewczynka chodziła do prywatnej szkoły. Ojciec nalegał, by uczyła się języka niemieckiego i francuskiego. Według niego znajomość języka wroga była przydatna.

Dla Danuty wojna zaczęła się, gdy naziści podpisali wyrok śmierci na jej ojca, znanego mieszkańca m. Kościan. 27 października 1939 roku miał zostać rozstrzelany. Danuta, jej matka i brat chodzili prosić szefa gestapo o anulowanie wyroku. Jednak bezskutecznie.

Okna mieszkania Orłowskich wychodziły na plac, na którym odbywały się rozstrzeliwania. Na szczęście ojciec Danuty trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau. W ten sposób uniknął rozstrzelania. Początkowo rodzina przeprowadziła się do Śmiglu. Potem Niemcy wysłali Orłowskich do obozu koncentracyjnego w Berlinie. Jechali oni przez Wrocław, który był wtedy bombardowany.

Mama powiedziała dzieciom, że muszą uciekać z Dworca Głównego. Tak też zrobiły, gdy pociąg stał jeszcze na stacji. Rodzina miała szczęście. Mieszkali u przyjaciółki matki, która wyszła za mąż za Niemca. Ukrywanie Polaków w tamtych niespokojnych czasach było bardzo niebezpieczne. Ten Niemiec był lekarzem. Operował szefa wrocławskiego gestapo. Dlatego zgodził się, aby Orłowscy zostali i pracowali w miejscowym obozie. Po jakimś czasie Danuta dowiedziała się, że ich ojciec również został wysłany tutaj na roboty przymusowe do Osobowic.

Życie pod okupacją

Według Orłowskiej życie w miejscowym obozie było ciężkie. Obok ścieków i robaków Danuta obierała ziemniaki. Jej matka pracowała w kuchni, brat w ogrodzie, a ojciec był złotą rączką. Pewnego dnia dziewczynka i jej ojciec zostali zabrani na targ. Tam, na ulicy Cybulskiego, kilka razy w tygodniu odbywał się handel ludźmi.

Kiedy podeszła do niej szanowana Niemka, Danuta zaczęła całować jej ręce. Dziewczynka bardzo chciała wydostać się z obozu. Kobieta współczuła dziecku, więc kupiła też jej ojca. Po drodze dorośli zaczęli rozmawiać, a Niemka obiecała, że wróci i kupi pozostałych Orłowskich.

Rodzina otrzymała nowe mieszkanie, w którym przebywała do stycznia 1945 roku. Wtedy Breslau został ogłoszony twierdzą. Ojciec odetchnął z ulgą. Był pewien, że za kilka dni Wrocław będzie wreszcie wolnym polskim miastem. Zabronił jednak rodzinie się cieszyć, ponieważ mogłoby to bardzo rozzłościć Niemców.

Według Orłowskiej ostatnie dni oblężenia Wrocławia były bardzo straszne. Wspomina, jak poszła z ojcem i panią-ratowniczką na dworzec, z którego odjeżdżały ostatnie pociągi do Rzeszy. Był tam kiedyś punkt opieki nad rannymi. Dookoła, na ławkach, leżały niewielkie stosy z martwymi noworodkami.

Danuta była zaskoczona, gdy z okna jednego z domów wyjrzała kobieta i oddała ojcu kopertę z małym ciałem dziecka. Poprosiła o pochowanie dziecka. Najpierw rodzina udała się do lekarza, który stwierdził zgon dziecka. Następnie Danuta i jej ojciec wykopali jamę w zamarzniętej ziemi i pochowali tam małe ciałko.

Od czasu do czasu odwiedzali ten grób, aby zapalić świeczkę i pomodlić się. Trwało to do czasu, gdy ten teren został wyremontowany, a drzewo, pod którym pochowano ciało, ścięte.

.......