Kiedy radny zarabia w spółkach kontrolowanych przez miasto – budzi to pytania. A co, jeśli takich radnych jest ponad dziesięciu, a suma sięga prawie pięciu milionów złotych? Taka właśnie sytuacja wstrząsnęła Wrocławiem: okazało się, że w latach 2018–2023 co najmniej 16 radnych miejskich łączyło mandat z pracą w strukturach miejskich. A gdzie w tym wszystkim zaufanie, przejrzystość i granica między władzą a biznesem, która w tym przypadku zatarła się nie do poznania?! Portal wroclawyes.eu przeanalizował tę sprawę.
Pięć milionów złotych na dwanaście rąk: jak radni sobie dorabiali w magistracie
Latem 2024 roku grupa nowo wybranych radnych Wrocławia ujawniła wewnętrzny raport dotyczący dochodów swoich kolegów z poprzedniej kadencji. Dokument pokazał, że radni VII kadencji aktywnie zatrudniali się w miejskich przedsiębiorstwach, na stanowiskach, które często trudno było jednoznacznie określić. Łącznie zarobili tam prawie 5 milionów złotych. Największe wypłaty otrzymywali od spółek MPWiK (wodociągi), TBS (budownictwo mieszkań komunalnych), a także od wrocławskiego aquaparku i szeregu mniejszych struktur.
Największy dochód zadeklarował Jarosław Charłampowicz – ponad 865 tysięcy złotych w ciągu pięciu lat, pracując jako doradca w MPWiK i członek rady nadzorczej w TBS. Na drugim miejscu znalazł się Dominik Kłosowski, który m.in. otrzymał prawie 200 tysięcy złotych w strukturze Wrocławskiego Parku Wodnego, a jego koleżanka Marta Kozłowska – ponad 145 tysięcy. Ci dwaj to aktywni politycy, obecni na sesjach rady, ale jednocześnie potrafili zasiadać na stanowiskach w miejskich spółkach, co miesiąc pobierając stamtąd pensję. W skandalu pojawiają się też inne nazwiska. Ale na czym polega problem?
Kontrolerzy czy klienci? Dlaczego to konflikt interesów
Z pozoru wszystko wygląda legalnie. Ale sedno skandalu leży w konflikcie interesów. Radny powinien kontrolować, jak działają miejskie przedsiębiorstwa, jak wydawane są publiczne pieniądze, czy zarząd funkcjonuje przejrzyście. Ale gdy radny sam pobiera stamtąd pensję, kontroler staje się „swój” i nie może być obiektywny. Nieprzypadkowo europoseł i były prezydent Wrocławia Bogdan Zdrojewski nazwał tę sytuację „oszustwem politycznym”. I w jego słowach jest sens.

To, że radni mają pracę poza stanowiskami politycznymi, jest powszechną praktyką. Ale w przypadku Wrocławia nie chodzi o prywatny biznes czy niezależne struktury, a właśnie o przedsiębiorstwa komunalne, które podlegają tej samej radzie, do której należeli ci wybrani. Tutaj zaczyna się coś, co budzi kontrowersje wśród obywateli.
Radny ma monitorować, jak działa miasto: sprawdzać efektywność, żądać raportów, zadawać niewygodne pytania. Ale jeśli spółka mu podlega, a on tam zarabia, to jak ma wypełnić swój obowiązek? Czy będzie mógł obiektywnie głosować za zmianami kadrowymi, jeśli wśród kandydatów jest kierownik przedsiębiorstwa, w którym pracuje? Albo czy będzie w stanie odmówić poparcia budżetu, jeśli część środków trafia właśnie tam, gdzie sam pobiera pensję?
Ten skandal ujawnił również pewną „szarą strefę” w funkcjonowaniu samorządu. Formalnie radni mieli prawo pracować w miejskich spółkach – prawo tego nie zabrania. Ale oczekiwania wyborców dawno się zmieniły – oczekują od polityków nie tylko formalnego przestrzegania przepisów, ale także otwartości i szczerego służenia interesom wspólnoty. A w takiej formie nawet sumienna praca wygląda jak zakulisowe porozumienie.
Czy zmieni się sytuacja z dochodami radnych miejskich?

Skandal, który rozpoczął się od wewnętrznego raportu, szybko wyszedł poza salę sesyjną. Reakcja opinii publicznej, w tym Radia Wrocław, była przewidywalnie ostra. W mediach społecznościowych pojawiły się nawet wezwania do dymisji, a niektórzy radni stali się bohaterami petycji o wotum nieufności. Nie jest to zaskakujące: w mieście, gdzie rosną ceny mieszkań, transportu i usług komunalnych, informacja o dodatkowych setkach tysięcy w kieszeniach przedstawicieli władzy brzmi jak kpina.
Pod presją krytyki społecznej władze miejskie obiecały zmienić zasady gry. Nowa kadencja rady Wrocławia zainicjowała opracowanie wewnętrznego kodeksu etyki, który ma precyzyjnie uregulować możliwość łączenia mandatu radnego z pracą w strukturach kontrolowanych. Chodzi o pełną przejrzystość: kto, gdzie pracuje, ile zarabia i za jakie funkcje. Równolegle zaczęto dyskutować o zmianach legislacyjnych na poziomie krajowym, które uniemożliwiłyby podobne sytuacje w innych miastach.
Jednocześnie nie wszyscy radni widzą problem w swoich działaniach. Niektórzy publicznie tłumaczyli, że praca w miejskich spółkach to nie sposób na zarobek, a kontynuacja służby społeczeństwu. Twierdzą, że doświadczenie radnego pozwala lepiej zrozumieć potrzeby przedsiębiorstwa. Argument jest, bez wątpienia, wygodny, ale nie zdejmuje on głównego pytania: jak w takiej sytuacji utrzymać równowagę interesów?
W momencie pisania tego artykułu konkretnych zmian w prawie nie było, ale wrocławski precedens ich wymaga. Obnażył on problem systemowy, który w rzeczywistości istnieje w wielu polskich miastach – radni również czerpią korzyści z podległych przedsiębiorstw. Skandal może stać się punktem wyjścia do szerszej reformy samorządu lokalnego – jeśli, oczywiście, tego brudu nie zamiecie się pod dywan.
Zródła:
- https://www.radiowroclaw.pl/articles/view/143654/Dwaj-radni-ujawniaja-kontrowersyjny-raport-wroclawscy-rajcy-poprzedniej-kadencji-zarobili-w-miejskich-spolkach-prawie-5-mln-zlotych
- https://www.pulshr.pl/kadry-w-administracji/afera-we-wroclawiu-radni-pracowali-w-miejskich-spolkach%2C105427.html
- https://wiadomosci.wp.pl/radni-wroclawia-dorabiali-w-miejskich-spolkach-to-polityczne-oszustwo-7065369841932832a